- Jelena Isinbajewa też się myli. Niedawno w Sztokholmie skoczyła 4,85 m. Wyżej nie dała rady. Gdzieś tam cień szansy jest… Ale nie nastawiam się na konkretny cel. Nikomu nie będę obiecywać, że jadę na igrzyska, by przyczaić się na Jelenę. Jadę tam po to, by zrealizować samą siebie – mówi nasza tyczkarka Monika Pyrek.
- Co mogę osiągnąć w Pekinie? Będę walczyć o medal, to jasne – dodaje.
- Dlaczego akurat start na igrzyskach jest tak stresujący? Bo jest świadomość, że to najważniejsze zawody świata, że to finał olimpijski. Ja i tak staram się sobie wmówić, że to normalne zawody. Byłam już w dwóch finałach olimpijskich. Za pierwszym razem, w Sydney, nie miałam w ogóle świadomości, co to za zawody. Młoda byłam, nie za bardzo wiedziałam, czy to moja droga życiowa, czy tylko przygoda. W Atenach było to czwarte miejsce i dramat. Wtedy jechałam na igrzyska z szóstym czy siódmym wynikiem na świecie. Teraz mam czwarty, ale jest więcej zawodniczek, które mogą tyle skoczyć. Jak mówiłam – przeżyłam już swoją tragedię olimpijską i nie chcę tego znowu przeżywać. Chcę, żeby skakanie sprawiało mi przyjemność. Teraz może mi być trudniej tylko dlatego, że to mogą być moje ostatnie igrzyska, ostatnia szansa – zakończyła Monika Pyrek. Więcej w “Dzienniku”[onet.pl]
0 odpowiedzi jak dotąd ↓
Nie ma jeszcze komentarzy... Zacznij porywającą dyskusję, wypełniając formularz poniżej.